Dziennik migracji zakończenie

Maki i inne roślinki

Minął już ponad miesiąc od czasu gdy zacząłem przesiadać się na mój nowy komputer.
Czas zatem na to by oficjalnie zakończyć okres migracji i jak na świętej spowiedzi wyznać co się udało, czego się nie udało osiągnąć, co jeszcze można zrobić i czy w ogóle warto.
Zacznijmy od tego co dobre i przyjemne:
1. System jest z pudełka dostępny choć do dziś nie wiem co trzeba zrobić, żeby język systemu z angielskiego zmienić na polski. Słabą mam przyznaję motywację do poszukiwań bo po angielsku tak czy inaczej pracuję więc angielski w takim czy innym menu średnio mi przeszkadza zwłaszcza, że podczas pisania tekstów korekta dokonuje się zawsze zgodnie z językiem, w którym piszemy.
2. Safari to beznadziejna i niewygodna przeglądarka, która ma wiele nieprzyjemnych iedoróbek: w odróżnieniu od firefoxa czy internet explorera korzystanie z listy własnych ulubionych jest tutaj zwyczajnie bolesne, uruchamianie “nie applopoprawnych” treści multimedialnych wymaga niezwykłej wprost gimnastyki - właściciel i twórca systemu zadbał o to, żeby małozaawansowany użytkownik przypadkiem nie zorientował się jak to zrobić, ale uczciwie przyznać trzeba, że jeśli już treści są w tej przeglądarce dostępne to czyta się je bardzo wygodnie a nawigacja po stronach należy do kategorii doświadczeń naprawdę przyjemnych. Na uwagę zasługuje obsługa plików w formacie .pdf. Mogą być w sieci lub na naszym dysku. Zawsze otwierają się bardzo szybko i właściwie można o jakichkolwiek ograniczeniach związanych z tym formatem zapomnieć. Nie przeczytamy tekstu, który ktoś zapisał z obrazka, ale to ograniczenie jest chyba oczywiste dla wszystkich. Przyjemnym zaskoczeniem był dla mnie flash. Okazuje się, że jeśli ktoś używa go zgodnie z zaleceniami dostępności, to wszystko działa jak należy i daje się używać a ograniczenia, jeśli występują, wynikają zdaje się głównie z tego, że pewni panowie postanowili się nie lubić a przedszkolanki, która mogłaby i powinna przywołać do porządku i prawidłowej postawy społecznej tych niedoważonych niedorostków, zwyczajnie zabrakło.
3. Klienta poczty mogę z czystym sumieniem polecić. Ma swoje zgrzyty, to i tamto mogłoby działać lepiej - idzie mi zwłaszcza o sposób czytania treści wiadomości, ale ogólne wrażenie jest dobre. Mocna czwurka. Na pozytywne wyróżnienie natomiast zasługuje tutaj obsługa kont pocztowych takich jak Gmail. Program pocztowy proponuje nam integrację wszystkich proponowanych nam przez Google usług związanych z kontem z zainstalowanymi w naszym komputerze aplikacjami a synchronizacja zawartości online z tym co znajduje się w domowym komputerze jest zabiegiem przyjemnym, łatwym i całkowicie bezbolesnym - tego ostatniego niestety nie można powiedzieć np. o takim MS Outlooku.
4. Im bardziej w las tym bardziej jak w Linuxie. Jeśli chcecie z waszej maszyny wycisnąć coś więcej niż oferowana na starcie podstawowa konfiguracja to trzeba rozpocząć studiowanie “applologii”. A oto przykład. W jednym z podkastów dotyczących korzystania z omawianego tutaj komputera autor powiedział, że nie można regulować głośności poszczególnych źródeł dźwięku bo brak w systemie - w odróżnieniu od Windows - dostępnego miksera głośności. To prawda, ale nie całkiem. Twórcy OSX powinni otrzymać specjalną pochwałę za sposób w jaki przygotowali swój system pomocy. Okienko przeszukiwania odnośnej dokumentacji dostępne jest praktycznie w każdym miejscu a przy tym została
ona tak przygotowana, że praktycznie zawsze po wpisaniu dowolnego słowa w okienku wyszukiwania otrzymamy jakieś sensowne wyniki. Gdy zatem zdesperowany niemożnością rozwiązania problemu źródeł dźwięku, nie licząc na jakiekolwiek rozwiązanie, wpisałem w powyższym okienku hasło regulacja głośności stało się coś, czego w ogóle nie oczekiwałem. Po pierwsze znalazł się tekst na zadany temat (w plikach pomocy Microsoftu też tak jest tyle tylko, że prawie nigdy nie wynika z tego nic pożytecznego i dającego się zastosować), po drugie: obok wyświetlonego tekstu był przycisk otwierający odnośną aplikację. Zatem miksera w znanym nam z systemu Windows kształcie rzeczywiście nie ma, ale głośność źródeł dźwięku daje się regulować.
Idąc dalej tym tropem powiem, że wszyscy, którzy próbowali uruchomić na Macu pakiet Open Office powinni odpowiedzieć sobie na pytanie czy aby napewno zainstalowali w systemie pakiet JAVA. Normalnie nie jest on zainstalowany. Przeglądarka internetowa i inne programy nie upominają się o niego a moje doświadczenie z Linuxem i instalowaniem tam powyższego pakietu biurowego mówi mi, że pakiet daje się zainstalować, ale o komponenty javy nie upomina się zbyt gwałtownie tyle tylko, że pojawiają się problemy z poprawnym działaniem. Odpowiedź poznam gdy wreszcie znajdę czas na podjęcie prób z pakietem Office.
5. Olearia i stokrotki.
Programów do obsługi treści zapisanych w formacie DAISY jest jak się okazuje kilka. Tu przykry zgrzyt. Zalecana na stronie firmy Apple Olearia nigdy u mnie nie zadziałała poprawnie. Prawdopodobnie nie jest kompatybilna z najnowszą wersją systemu operacyjnego.
Elegancka, ale za to bardzo droga (około 120 USD), aplikacja ze strony http://www.daisy.org/tools/580#t143 działa nieźle - miałem okazję wypróbować wersję demo. Jeśli jednak nie potrzebujecie studiować w wersji brajlowskiej tekstów matematycznych i wystarczy wam obsługa książek mówionych bez brajla to darmowy Emerson Reader (dostępny także dla systemu Windows i Linux), w zupełności wystarczy. Aplikacja wprawdzie robi wrażenie niedopracowanej, wszystkie ustawienia trzeba wprowadzić ręcznie a odtwarzanie książki rozpoczyna się nie po aktywacji polecenia “otwórz” lecz dopiero po otwarciu w kolejnym oknie stosownego pliku .html, ale po pierwsze jest darmowa a po drugie jeśli ktoś chce i umie może ją udoskonalać ponieważ jest to aplikacja całkowicie otwarta a co za tym idzie kod źródłowy jest dostępny dla wszystkich.
6. Na koniec kilka słów o komunikatorach.
Jeśli chcecie korzystać z tej formy porozumiewania się ze znajomymi to na początek zainstalujcie sobie Adium. Komunikator ten obsługuje wszystkie chaty, których będzie chciał używać polski internauta a przy tym jest całkowicie zgodny z Voice Over. Wady? B rak obsługi trybu audio i wideo w komunikatorach. Autorzy twierdzą, że pracują nad włączeniem tego trybu. W niektórych przypadkach zmieni się jednak niewiele. Użytkownicy Googletalk muszą poprzestać na trybie tekstowym i tak najprawdopodobniej, wydaje się, że wyłącznie ze złej woli firmy Google, będzie do końca świata.
Skype. Można, ale bardzo niewygodnie. Jedynym sposobem na wygodną pracę z najnowszą wersją skype\’a jest konfiguracja rozpoznawania poleceń głosowych. Trzeba to niestety zrobić po angielsku, ale jeśli komuś niedogodność taka nie przeszkadza to szczegółowy opis stosownych zabiegów oraz gotowe do użycia polecenia głosowe znajdzie w sieci.
Podsumowując: Jeśli zależy wam na doskonałej jakości urządzeniu i nie chcecie wydawać fortuny na czytnik ekranu to komputer z jabłuszkiem jest dla was. Musicie jednak zdawać sobie sprawę, że oferowana tutaj dostępność wiąże się z licznymi ograniczeniami. Ujmując rzecz potocznie powiem porównując do doświadczeń z systemem Windows: popracujecie lepiej i wygodniej niż z NVDA czy System Access, ale gorzej i mniej komfortowo niż z Jawsem czy Window-Eyesem.

Bardzo Lubię Informować Przyjaciół

Wszystko przez to, że chciałem napisać do Premiera rządu Rzeczypospolitej, iż uważam, że konsekwencje podpisanej właśnie umowy międzynarodowej mogą być dla obywateli naszego kraju, a przede wszystkim dla uboższej ich części, szkodliwe.
Do wyszukiwarki wpisałem: Donald Tusk blog. Dostałem stronę, linki, informacje. A wszystko na portalu blip.pl.
Jeśli już mnie tam zaniosło to pomyślałem sobie, że z obowiązku obwąchać trzeba.
recenzja? Trudno po kilku chwilach obecności w tym miejscu o recenzję. Potencjał niewątpliwie jest. Niewidomemu wygodniej tam będzie niż na Facebooku czy Naszej Klasie. Autorzy postarali się o czytelną integrację z komunikatorami. Ale, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, przyczepię się do braku przewodnika dla niewidomych użytkowników. Ta prezentacja, którą dostaje automatycznie każdy użytkownik wchodzący do swojego kokpitu - tak nazywa się miejsce skąd sterujemy całą naszą aktywnością na portalu - jest owszem ładna, zrobiona profesjonalnie i bardzo przyjaźnie, tyle tylko, że niewidomemu (tu ukłon w stronę twórców prezentacji, którzy bardzo ładnie opowiedzieli co gdzie na ekranie się znajduje, tak ładnie, że mając ekran dotykowy mógłbym uruchomić wskazywane obszary strony internetowej), nie wiele z tej prezentacji przyjdzie bowiem dla niego, ze względu na stosowane do oglądania strony narzędzia, wygląda ona zupełnie inaczej. No i te pozbawione zupełnie etykiet tekstowych przyciski zrobione we flashu. Powiecie, że się czepiam. Tak trzeba bo inaczej nikt nie zauważy, że użytkownicy tacy jak my istnieją i mimo najszczerszych, a w prezentacji na stronie blip.pl naprawdę to widać, intencji, nie zrobi niczego by nasze istnienie w sieciowej społeczności uczynić lepszym i pełniejszym.
Zakładajcie zatem konta na blip.pl i dzielcie się swoimi uwagami z twórcami portalu. Może dzięki temu niewidomym będzie w sieci łatwiej i przyjemniej.

Pizzaportal i obejdź się smakiem

O wykluczeniu cyfrowym mówi się coraz głośniej. .
O tym, że strony banków, sklepów internetowych i portali społecznościowych pozostawiają wiele do rzyczenia jeśli idzie o ich dostępność dla niewidomych użytkowników wiedzą wszyscy. Że tak być nie musi łatwo się przekonać odwiedzając strony różnych instytucji państwowych i publicznych. Tym bardziej na napiętnowanie zasługuje to co zobaczyłem odwiedzając po lektórze Pulsu Biznesu stronę pizzaportal.pl. Aby pospiesznym i niesprawiedliwym osądem nie skrzywdzić twórców portalu sprawdziłem dostępność korzystając zarówno z najnowszej wersji przeglądarki Firefox jak i Internet Explorer.
Inicjatywa w zamyśle, trzeba to uczciwie przyznać, bardzo dobra. Wykonanie? Tragiczne. Szybciej biedny ślepiec pieszo zajdzie z Chorzowa do Katowic brnąc przez śniegi i linie tramwajowe po drodze niż znajdzie interesującą go restaurację - samo znalezienie restauracji jest być może możliwe - i dowie się czy aby jest to dobra restauracja, czy napewno dostarczy danie pod wskazany adres oraz, co najważniejsze, jaki jest szacowany czas dostawy.
Strona przeładowana w treści, nawigacja nieoczywista, wiele obiektów zamiast przyjaźnie wyglądających etykiet ma nazwy składające się z zapierającego dech szeregu symboli opisujących obiekty, które mają być aktywowane kliknięciem.
Ja przez tę stronę pizzy napewno nie kupię i wszystkim niewidomym użytkownikom siecie korzystanie z niej gorąco odradzam. Na pytanie czy wygląd strony jest wynikiem złej woli czy też niewiedzy jej autorów niech odpowiedzą oni sami robiąc solidny rachunek sumienia.

Dziennik migracji II

Komputer znaleziony w Saragossie

Mikołaj Potocki może się w grobie nie przewróci, że mu tytuł jego wiekopomny bezczeszczę i bezecnie używam sobie.
Ale analogia i skojarzenia pchają się same do rąk no i jak tu w takiej sytuacji pokusie nie uledz.
Ostatnie dwa tygodnie minęły mi na ostrożnym obwąchiwaniu. Zadania proste, życiowe, banalne. Przecież w folderze z pobranymi plikami nie będę trzymał wszystkiego co instaluję na komputerze. Na szczęście nie trzeba. Aplikacje kopiuje się, wkleja i po sprawie. chyba, że mają swój instalator. Coś do książek w formacie DAISY? Znalazłem mały program. Pobieramy tę roślinkę - rzecz nazywa się olearia a ciekawskich odsyłam do wikipedii - i umieszczamy w aplikacjach. Potem wystarczy już tylko pobrać sobie książkę z biblioteki. Tylko coś mi Safari dziwnie działa. Zamykam okno. Zamykam drugie dwudzieste drugie, wreszcie jest dobrze. Tylko dlaczego nic mi nie powiedziało, że nawet po wyjściu z przeglądarki okna nie zostaną zamknięte, albo ściślej mówiąc po ponownym jej otwarciu zostaną przywrócone wszystkie okna które od początku świata odwiedziłem? W skypie jest to samo. Niech Bóg broni od kilku konwersacji jednocześnie. Może i da się jakoś między nimi przełączać, ale dla mnie to narazie wiedza całkowicie tajna. I oczywiście te okienka piętrowe, zda się nakładające się, kłębiące w chierarchiach całkowicie splątanych. Wszystkie gałęzie drzew pootwierane jednocześnie bez możliwości zorientowania się, która na którym poziomie. Interakcje pląsające wokół głowy w jakimś nieprzeniknionym dla skromnego umysłu pandemonium. Porządkuję, zamykam. Wreszcie jest tego mniej. Odebranie rozmowy to tylko trzy naciśnięcia klawisza. Do zakończenia rozmowy wystarcza cztery czy sześć kroków, ale sekwencja jest dość przewidywalna. Jakieś 15 do 20 sekund wystarcza na jedno i drugie. Nikt kto używa tego systemu chyba nie czyta mojej pisaniny bo nie wyprowadzono mnie z błędów i sprzeciwów żadnych nikt tu nie zostawił.
Oglądam program do chatów. Gdy ustawiałem konto pocztowe w serwisie Gmail program pocztowy zaproponował mi automatyczne dodanie odpowiednich ustawień do kalendarza i klienta chatu. Bardzo miłe. Chat działa. Tylko jak to zrobić, żeby działały także połączenia audio i wideo? Chyba się nie da. Instaluję flash i google talk. Mnie owszem widać i słychać, ale w drugą stronę w żaden sposób to nie działa. I żeby było łatwiej nie ma tu nigdzie pod ręką miksera głośności żeby sobie każde źródło dźwięku wyregulować.
Google oczywiście uczciwie informuje, że chat jest dla niewidomych niedostępny, że nie powinni z niego korzystać. Nie mam pretensji. Trzeba jednak powiedzieć, że z tą dostępnością na Macu jest lepiej niż pod Windowsem. Wiadomości da się czytać a przyciski odbierania rozmowy i inne do obsługi mają etykiety jak trzeba i da się je obsłużyć.
A poczta? Znowu te szufladki. W menu widoku znajduję grupowanie w konwersacje i wyłączam. Jest lepiej. Obsługa poczty w gmailu doskonała. Jest synchronizacja z prawdziwego zdarzenia z możliwością ścisłego kontrolowania tego co zostawiamy na serwerze pocztowym. Inne konta też tak można ustawić. Bardzo to wygodne dla użytkowników wielu komputerów. Można jak to mówią mieć ciastko i zjeść ciastko.
Ale safari? O książkach coś zacząłem i nie powiedziałem najważniejszego. Pobieranie zachowuje się w sposób cokolwiek nieprzewidywalny. Otwieram link. Napisane pobierz i tytuł książki. Nic się nie dzieje. Może pobrało się w tle albo gdzieś jest pasek postępu? Szukam. Niczego nie znalazłem. W menu kontekstowym jest pozycja “pobierz podlinkowany plik”. Jest dobrze. Zwykłe okienko dialogowe i jesteśmy w domu. tylko jak to wiedzieć, której procedury gdzie się używa? Na niektórych stronach kliknięcie linku zwyczajnie rozpoczyna pobieranie.
Otwieram archiwum .zip. I znowu świat szufladek. Teraz już wiem i pilnuję się, żeby się nie pogubić. Labirynt nie jest zresztą zbyt zawiły. Kopiuję pliki tekstowe na mój pendrive i wkładam do notatnika brajlowskiego. Przykra niespodzianka. Okazuje się, że przeczytać ich na notatniku nie można. Może skopiowałem tylko skróty do plików. Właściwości nie otwierałem a Voice Over powiedział, że to pliki tekstowe. Kopiuję na pendrive całe archiwum i rozpakowuję na notatniku. Teraz wszystko działa jak należy.
Dusza odkrywcy każe mi sprawdzić czy ten tekst przeczyta się na komputerze. otwieram. Jest dobrze? Jest okropnie bo polskich znaków w pliku *.txt Voice OVer, przynajmniej w programie Text edit, nie czyta poprawnie. Ten sam plik w notatniku otwiera się bezboleśnie. Gdzieś trzeba coś zrobić z kodowaniem? Może. Nawiasem mówiąc pliki zapisane w formacie Ms Word nie powodują powyższych problemów. Applowska obsesja niekompatybilności. Jakie to małostkowe i denerwujące. A mówiło się, że demokracja amerykańska to ideał swobodnej wymiany dóbr kultury. Kolejne wielkomocarstwowe kłamstwo.
Tyle tylko, że to temat na całkiem inną opowieść.
Czy pokonam opisane przeszkody? Czy przedstawione powyżej problemy wynikają z niewiedzy? Przekonamy się za czas jakiś. Napewno podzielę się tą wiedzą z wami.

Dziennik migracji

Część pierwsza

Taki lepszy Narrator 13 do 30 grudnia

No więc mam, mam go w domu i zaczynam się uczyć.
To nie takie proste. W sklepie trzeba może było zapytać gdzie jest włącznik. Znalazłem. Mały dyskretny na gładkiej powierzchni. Coś miga. Dziecko mówi, że przestało. Chwila prawdy. Naciskam jedyną znaną kombinację klawiszy. Powiedzieli mi w sklepie jak się to uruchamia. Gada. Po angielsku, ale nie szkodzi. Może dam radę. Tutorial jak dla idiotów, ale to dobrze bo wszystko jest tu inaczej.
Konfiguracja systemu. Poległem. System został cały po angielsku. Później dowiem się jak to zmienić.
Dzień drugi.
Obsługa kompletnie nieintuicyjna. Dla użytkownika Windows migracja jest prawdziwą męką. No i czemu te tajemnicze gesty gładzika wcale nie działają?
Uczę się skrótów klawiszowych. Uff. czytam stronę internetową. Tylko gdzie u Boga Ojca jest tu pasek adresu? Itunes wygląda podobnie jak w Windows tylko obsługuje się go całkiem inaczej. Interakcje. Ten świat ma szufladkową konstrukcję a interakcje mogą być wielopoziomowe. I jak się w tym połapać. Strasznie dużo trzeba pamiętać. Niektóre interakcje uruchamiają się automatycznie. Które i wedle jakich zasad?
Dzień trzeci
Słucham radia w Itunes. Znalazłem skrót do rozwijania gałęzi drzewa. Coś zrobiłem nie tak jak chciałem i rozwinął mi wszystkie kategorie w jednej kolumnie. Długa jest. Ponad siedem tysięcy pozycji. Ten komputer jest niezły. olbrzymią listą się nie udławił i da się po niej nawigować.
Dzień czwarty
doinstalowałem polską i rosyjską syntezę mowy. Łatwo się je przełącza. Jak będzie z tablicami brajlowskimi? W podręcznym menu czytnika nie ma przełącznika tablic. Czy da się go tu dodać? Gesty gładzika już działają. Tylko dlaczego w samouczku nic nie było o ich włączaniu? Znalazłem. Włączyłem. Bardzo wygodne. Trzeba uważać. Wyłączyłem sobie niechcący mowę stukając w gładzik. Na szczęście udało się ją włączyć. Dodawanie klawiatury chyba nie działa z Voice Over. jest tylko ogromna lista numerków i skąd mam wiedzieć co one oznaczają? Muszę poczytać i dowiedzieć się co z tym zrobić bo rosyjska klawiatura jest mi niezbędna no i żeby się łatwo między klawiaturami przełączać.
Dzień piąty
podłączyłem linijkę. Działa i to od razu nawet na ekranie logowania. W Windowsach tego nie mam. Tablicami brajlowskimi pobawię się późbniej. teraz czas na Skype’a. Pobrałem. Nie było łatwo bo czytnik nic mi nie powiedział o menu, z którego należy wybrać właściwy plik do pobrania. To taki lepszy Narrator. Są rzeczy, które działają tutaj doskonale. Bardzo wygodne jest korzystanie z czytnika kanałów rss na stronie BC PZN. Znacznie przyjemniejsze niż pod Windows.
No dobrze, ale jak tu się coś instaluje? Odpalam instalator. Nic się nie dzieje. Jakieś dwie pozycje do wyboru. skrót - tutaj nazywa się alias, jak w Linuksie. Nie umiem dodać go do menu aplikacji. Dokumentacja dla niewidomych użytkowników komputerów z jabłuszkiem jest, ale bardzo rozproszona i fatalnie zorganizowana. Uruchamiam ten skrót. Logowanie do Skype’a nie przekracza możliwości średnio rozgarniętego ogórka. No tak, ale teraz ani zadzwonić, ani rozmowy odebrać i nigdzie nie ma informacji o tym jakie tu skróty klawiszowe obowiązują. Niejaki Jabłuszko powiada, że skróty niepotrzebne bo jakoś wszystko się znajduje i z jakiegoś menu.
Po świątecznej przerwie
Już umiem pisać w edytorze i w tutejszym pasku zadań mogę mieć te programy, które chcę. Czytałem nawet, że można je układać we własnej kolejności, ale jeszcze tego nie robiłem. Skype? Znalazłem. Umiem zadzwonić do wybranego rozmówcy. Ale skąd miałem wiedzieć, że nie dzwoni się przez listę kontaktów online tylko przez spis kontaktów? I właściwie dlaczego akurat tak? A rozłączyć rozmowy i tak nie umiem. Jeśli kto spróbuje do mnie zadzwonić to być może odbiorę jak uda mi się trafić do tego okna z przyciskami przyjmij i odrzuć rozmowę. Konwersacje? Umiem napisać do wybranej osoby, ale tu nic się nie czyta automatycznie. Informacje o statusach? podobno tak, ale narazie nie udało mi się tego poprawnie ustawić.
Koniec roku.
Tego komputera da się używać. Co więcej, może być wygodnie i przyjemnie, ale nie liczcie na to, że pójdzie łatwo. No i na koniec jeszcze jedno: są wyszukiwarki złe, beznadziejne i appstore. Jeśli nie znacie dokładnej nazwy aplikacji, którą chcecie pobrać to zapomnijcie o wpisywaniu słów kluczowych. Lepiej użyć do tego Google’a. A dokumentów redagowanych na Macu lepiej w Windowsach nie odpalać. W każdym razie zachowajcie ostrożność. Nie wiele brakowało a rozwaliłbym sobie system. Apple lubi resztę świata o tyle o ile ta reszta podda się bezwzględnemu dyktatowi.
będę oczywiście uczył się dalej i za jakiś miesiąc znowu coś o moich zmaganiach napiszę.

Rehastrofa 2011

Już od prawie tygodnia biję się z myślami, strzępy jakieś zapisuję a potem, słowa nieobyczajne w ustach międląc, wyrzucam, wyrzucam, a wszystko przez tę wycieczkę, którą z powodu kawy porannej, spokojnie przy lekturze Polityki wypitej, do Warszawy w ubiegły piątek odbyłem.
No bo już dwa lata minęły odkąd pisuję o tym jak to świat technologii i nie tylko po niewidomemu wygląda a tu w gazecie stoi napisane, że konferencja, że doroczna, że takie to ważne. I jakby tego było mało żona mi jeszcze powiada, że jechać, że trzeba i, że koniecznie coś ciekawego napisać. Ech… Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Impreza poświęcona niewidomym więc pojechałem bez przewodnika. Wszystko pod niewidomych, myślę, przygotowane. Indyk też myślał. Na początek uderzył mnie kompletny chaos. Polak potrafi i dałem radę, ale żeby zaraz zakładać, że niewidomy jest przystosowany do poruszania się po dżungli to chyba lekka przesada. Takie drobiazgi jak brak przy wyjściu z budynku osoby, która widząc człowieka z białą laską informuje, że do szatni należy pójść w takim czy innym kierunku robią na początek złe wrażenie.
Wchodzę wreszcie na salę z wystawą. Dobrze co mnie szczekać po angielsku nauczyli bo inaczej byłoby ze mną krucho. Stoiska są poustawiane w dobry dostępny sposób. Wszędzie można podejść, wszystkiego dotknąć i na tym kończy się wszystko dobre, co o wystawie mam do powiedzenia. No może jeszcze należy wspomnieć o stoisku Perkinsa, które jako jedyne na całej wystawie obsługiwane jest przez osobę, przygotowaną do kontaktu z niewidomym klientem. Pan miał nawet wizytówki zrobione w sposób modelowy. Obok standardowo wydrukowanej treści znalazłem imię nazwisko telefon i adres e-mail wydrukowane brajlem.
A dalej? Dalej było już tylko gorzej. Podchodzi niewidomy do stoiska. Przy wejściu ulotki brajlowskiej z numerami stoisk, oraz opisem co na którym zobaczyć można, nie dawali. Po co niewidomym materiały brajlowskie. Brajl przestarzały jest i niepotrzebny. Pytam ja tedy podchodząc do kolejnych stoisk „co tu dają” – no oczywiście, że nie takim dokładnie słowami. I reakcja po drugiej stronie jest co najmniej dziwna. Coś w rodzaju: nie widzi czy jak? Pytam po polsku. Ostatecznie wystawa jest w Warszawie. Można zatem zakładać, że na każdym stoisku jest bodaj jedna osoba, która włada tym niezwykle rzadko używanym nad Wisłą językiem. Zatopieni w globalnej świadomości interlokutorzy nie pytają nawet czy speak english. Myślę sobie, że ktoś chyba jest przy stoisku i powtarzam swoje po angielsku. Zwykle skutek jest pozytywny. Oglądam. Mapy, rysunki, ilustrowane teksty brajlowskie, drukarki, monitory brajlowskie, pomoce edukacyjne dla rodziców, pomoce dla osób słabo widzących i wreszcie sprzęty codziennego użytku. Są tu rzeczy niekiedy nawet interesujące choć w przypadku sprzętów domowego użytku zwracają uwagę niezykle brzydko zaprojektowane drobiazgi. Tu mała dygresja. Wielu ludzi zwracało mi uwagę, że w internecie są strony brzydkie, ohydne i zaprojektowane dla niewidomych. A ja tak bym chciał, żeby moi widzący znajomi weszli z przyjemnością na strony firmowane przez PZN czy inne instytucje, które środowisku naszemu służą, bo nawet jeśli mojego oka strony takie cieszyć nie będą to przecież nasz wizerunek w świecie tworzą, o naszym miejscu w tym świecie w jakiś sposób decydują. Tyle tytułem dygresji.
Nowości technologicznych na wystawie nie znalazłem, ale bo też trudno o nowości na rynku rozwijającym się do niewidomych zamiast do świata, na rynku kształtowanym chęcią zepchnięcia niewidomych w getto, chęcią zasypania pieniędzmi wielkiej dziury w budzącym się sumieniu, chęcią nakarmienia poprawności politycznej.
Widać to wszędzie. Oto drukarka brajlowska. Kosztuje tyle co całkiem przyzwoitej klasy samochód. Drukuje szybko, cicho i na każdym nadającym się do pisania brajlem papierze. Przedstawiciel producenta powiada, że dla szkół, uczelni i dużych instytucji, że droga jest bo taka na skalę więcej przemysłową. A co robi widzący student w bibliotece? Bierze czasopismo lub książkę i kseruje sobie potrzebny kawałek, żeby zabrać do domu i spokojnie przeczytać. A niewidomy? Też chciałby włożyć swój artykuł do kserokopiarki tylko, żeby mu zwróciła wydrukowane brajlem. Może i takie rozwiązanie gdzieś istnieje, ale na wystawie nie było.
Słabo widząca dziewczyna zwraca uwagę na powiększalnik do wszystkiego. Dobry. Bardzo dobry bo ma nawet mały drobiazg, który może być pomocny przy malowaniu paznokci czy robieniu makijażu. Tylko kto ma za ten drobiazg zapłacić? A może gdyby tak zlikwidować wszystkie dotacje, gdyby tak przynajmniej wspierać tych, którzy miast tworzyć getto dążą do integrowania niewidomych ze światem, może wtedy ceny tych wszystkich „wspomagaczy” byłyby niższe? Może to wszystko kosztuje tyle, bo firmy produkujące sprzęt specjalistyczny wiedzą, że można państwo bezkarnie „doić”, że społeczeństwo gotowe jest za święty spokój nieporuszanego sumienia haracz zapłacić?
Powiadają, że ma się niewidomy rehabilitować. A ja pytam: po co. Jedna zaledwie wątlutka firemka proponowała usługi dla pracodawców polegające na przygotowaniu konkretnego stanowiska pracy. Modelowego stanowiska pokazującego jak pracuje niewidomy makler giełdowy, agent ubezpieczeniowy, handlowiec, prawnik, pracownik socjalny czy kto tam chcecie, oczywiście nie znalazłem. Stoiska firmy Apple, która jako jedyna na świecie rozwija swój produkt jako tworzony dla wszystkich bez względu na niepełnosprawność, też nie było. Jeśli na wystawę trafił ktoś, kto środowiska niewidomych nie zna, mógł odnieść wrażenie, że jedna jest w Polsce firma, która potrzeby rehabilitacyjne niewidomych zaopatruje. Nie można zatem powiedzieć, że wystawa stanowiła rzeczywiste i rzetelne źródło informacji.
O konferencji nie piszę ponieważ tematy wykładów mnie odstraszyły i nawet się na niej nie zarejestrowałem.
Aby jednak ten rehastroficzny opis zakończyć jakimś pozytywnym akcentem powiem, że znalazłem na wystawie rozwiązanie, które w bardzo pozytywny sposób zwróciło moją uwagę. Mam na myśli prezentowane tam systemy Call in here oraz Step in here. Oba służą przystosowaniu przestrzeni publicznej do potrzeb niepełnosprawnych.
Opierają się na prostej zasadzie, że funkcje pomocy uruchamiane są wtedy kiedy w stosownym miejscu znajdzie się osoba niepełnosprawna, która naciskając przycisk na swoim urządzeniu aktywującym, wyrazi potrzebę skorzystania z tych funkcji. Tak przystosowane stoisko w galerii handlowej powie niewidomemu, że znalazł się obok sklepu jubilerskiego albo ciastkarni; przejście uliczne poinformuje go, że właśnie jest właściwy moment by wejść na jezdnię; autobus powie o najbliższym przystanku lub nazwie ulicy, po której właśnie jedziemy. Najważniejsze jest oczywiście to, że informacja trafi do tego kto jej potrzebuje i nie będzie bez potrzeby bombardować otoczenia, oraz, że aktywator pozwala niewidomemu usłyszeć kilka rodzajów informacji, co w znaczący sposób poszerza możliwość zaspokajania różnych potrzeb.
A w przyszłym roku? W przyszłym roku na wystawę i konferencję wybierzcie się sami. Raz byłem i więcej razy, jeśli tak to ma wyglądać, chyba nie warto.

Słowem malowane

Od września ukazuje się udostępniany niewidomym przez Mazowieckie Stowarzyszenie Pracy dla Niepełnosprawnych
http://www.defacto.org.pl
tygodnik Polityka z tekstowym opisem ilustracji. Autorzy eksperymentu prosili czytelników o opinie. Ktoś może powie, że długo na swoje zdanie w tej sprawie kazałem czekać. Być może nawet będzie mieć rację bo czas teraz pędzi tak szybko… no, ale nie o czasie tu miałem mówić.
Próby odpowiedzi na pytanie czy i jak opowiadać obrazy podejmowano już bardzo dawno. Platon twierdził, że wzrok jest podstawowym zmysłem estetycznym i dlatego osoba niewidoma jest, przynajmniej w aspekcie możliwości postrzegania tego co piękne, tylko w połowie człowiekiem. Czy też ściślej mówiąc, ma w tym miejscu jakby wyrwany kawał duszy i to bardzo znaczący kawał. Już wtedy jednak mówiono, że ślepcy używając innych zmysłów i władz duszy brak ten straszliwy kompensują. Stąd opowieści o ślepych wróżbitach, mędrcach, albo jak chce świat arabski, świętych, których Bóg dotknął ślepotą dając im za to możność intensywnego odczuwania boskiej obecności.
W czasach nam bliższych podejmowano próby zbadania tematu. Zawsze jednak czyniono to delikatnie bo taki ślepiec cierpi przecież i nie wolno zbyt natarczywie grzebać się w jego doznaniach. Mówili więc widzący o tym jak niewidomy świat postrzega i zastanawiali się jak postrzeganie tego świata wzbogacić opierając się przy tym jednak bardziej na tym, co im się na temat ślepoty wydaje, niż na tym, czym ów stan rzeczywiście jest.
Nie. Do nikogo nie można mieć pretensji. Niewidomi też nie próbowali znaleźć odpowiedzi. Autorefleksja jest rzeczą niekiedy bardzo bolesną a jeśli nawet nie boli, to z pewnością jest rzeczą trudną.
No dobrze. Zapytacie. Ale co ty właściwie myślisz o tym opisywaniu obrazków.
Najpierw pomyślałem, że to doskonała rzecz. Opisy sprawne literacko, zwięzłe i niosące z sobą wiele wzbogacających odbiór tekstu informacji. Jednak im dłużej z owych opisów korzystałem, tym więcej pojawiało się wątpliwości. Okazało się, że teksty poprzedzone skomplikowanym, szczegółowym opisem ilustracji są bardzo trudne w odbiorze. Przy opisie ósmego obrazka nie pamiętam co było na pierwszym a podczas czytania tekstu mam poważne trudności ze skorelowaniem treści obrazków z treścią tekstu.
Naturalną konsekwencją tego było zapytać: dlaczego tak się dzieje. Przeprowadziłem zatem badanie na żywym widzącym obiekcie. A mówiąc bardziej poważnie zapytałem żonę jak ona „obsługuje” obrazki. Mówiąc inaczej: zapytałem czy osoba widząca najpierw ogląda wszystkie ilustracje a potem czyta tekst; czy też może czytając tekst rzuca okiem na obrazki w sytuacjach, gdy autor tekstu miał na myśli odwołania do zawartych w ilustracjach treści. Zapytałem też czy ilustracje zawsze poprzedzają tekst czy też są w niego „wtrącane” w taki sposób, aby wzbogacić czytaną treść.
Nie uzyskałem jednoznacznych odpowiedzi. Wiem tylko jedno. Są tacy, którzy o czytaniu tekstu decydują oglądając ilustracje. Poza tym okazuje się, że widzący nie mają jakiegoś jednego właściwego im ze względu na korzystanie ze wzroku, sposobu łączenia ilustracji z czytanym tekstem.
Okazało się jednak także, iż proste opisanie ilustracji nie rozwiązuje problemu udostępniania tych treści niewidomym. Próba podjęta przez Stowarzyszenie Defacto zasługuje oczywiście na pochwałę. Gdyby nie ten pomysł nie wiedzielibyśmy o udostępnianiu niewidomym obrazów tyle, ile wiemy teraz. Mamy możliwość stawiania pytań i poszukiwania sposobu na rozwiązanie problemu. Zadajmy sobie razem trud by z możliwości tej dla dobra nas wszystkich skorzystać.

Nokia ma swój czytnik ekranu

Tytuł mówi wszystko. Na stronie producenta, Codefactory, jest porównanie z czytnikiem MobileSpeak (dostępne w języku angielskim). Krótko streszczając można powiedzieć, że aplikacja, o której mowa, to uproszczona wersja Mobile Speak’a. Mówiąc krótko: lepsze to niż nic. Polakom, przynajmniej narazie, stanowczo odradzam. Nawet jeśli zainstalujecie sobie do waszych telefonów jakiś TTS to i tak pożytku z niego mieć nie będziecie ponieważ producent skonstruował bezpłatną aplikację tak, aby użytkownik korzystając z niej zdenerwował się i pod wpływem silnych emocji za wersję płatną zapłacił.
Co za tym idzie nie zmienimy języka syntezatora mowy nawet gdybyśmy chcieli. Nie ustawimy poziomu interpunkcji. Podczas pisania sms’a nie przejrzymy napisanego jyuż tekstu. Innymi słowy wszędzie tam gdzie mobilespeak oferuje dość bogate i wygodne opcje wersja bezpłatna ma je wyłączone.
Jednak trzeba powiedzieć, że to krok w dobrym kierunku oraz, że w przypadku problemów budżetowych jest to doskonałe rozwiązanie.

Nowy Android podobno dostępny

Można zobaczyć sobie w sieci prezentację dostępności w androidzie 4.0.
Nie wzbudziła ona mojego zaufania. Autor pośpiesznie, jakby miał coś do ukrycia, pokazuje włączenie dostępności w telefonie. Uruchamia podręcznik. Potem słyszymy, że w trybie podręcznika można wykonywać polecenia, które uczą nas jak się posługiwać prezentowanym trybem nawigacji. Bardzo dobrej jakości głos syntetyczny powtarza prezenterowi, że zadania wykonuje poprawnie - uwagę zwraca fakt, że komunikaty interaktywnego podręcznika w większości wypadków nakładają się na nazwy obiektów, po których prezenter się porusza. Nigdzie nie ma mowy o posługiwaniu się aplikacjami. Czyżby zatem Google miał znów coś do ukrycia? Czy nie jest przypadkiem tak, że dostępność zrobiona jest tak, aby ci, którzy nigdy z niej nie będą korzystać, widzieli i cieszyli się spokojem sumienia? Zobaczymy.

pełnia

Nigdy w życiu nie widziałem światła księżyca. To znaczy nigdy do tego dnia.
A wszystko przez tę książkę o pewnym Amerykaninie, który miał na tyle odwagi i ciekawości świata, żeby skorzystać z możliwości odzyskania wzroku gdy taka, za sprawą rozwoju medycyny, się pojawiła.
Widzący uważają za coś oczywistego, że my musimy chcieć wzrok odzyskać, że taka zmiana z pewnością nas uszczęśliwi i uczyni bogatszymi. A my? Pamiętam czasy wczesnego dzieciństwa i owo dążenie do… do czego? By zwrócić na siebie uwagę i się wyróżnić? By przezwyciężyć jakąś niekompletność? By wedrzeć się w obszar nieznanego? A może by stać się takimi jak wszyscy? Odpowiedź pozostanie tajemnicą.
Dość na tym, że wielu z nas udawało, że widzi, bawiło się w posiadanie tej rzadkiej i niezwykłej w naszym środowisku, można powiedzieć, że w jakiś sposób magicznej, umiejętności, możliwości, władzy. Trudno się zresztą tym dzieciakom dziwić. Każdy, kto posiadał tę cechę bodaj w małym stopniu, w naszej chierarchii społecznej był postrzegany jako lepszy niż cała reszta. Widzący o-piekunowie mniej lub bardziej świadomie utwierdzali nas jeszcze w tym przekonaniu. Gdy jednak ktoś ośmielał się o tęsknocie za wzrokiem mówić, pragnienie to jakoś nazywać, spotykał się z potępieniem, wyśmianiem. No bo jak można chcieć czegoś co i tak nigdy się nie spełni. Zabić ową tęsknotę i zepchnąć problem w sferę tabu miała katolicka doktryna o cierpieniu. Bóg dał wam ślepotę, powiadano, jako dar, abyście stali się znakiem Krzyża Chrystusowego na ziemii. A my, bywało i tak, nienawidziliśmy Boga za to, że dał nam coś o co przecież go wcale nie prosiliśmy, coś czego nikt z nas przecież nie chciał. A może? Zapytałem pamiętam w czasie jednej z lekcji religii w szkole średniej, Bóg jest jak doktor Mengele, podły okrótny i robi sobie na nas doświadczenia, żeby nowy gatunek człowieka wychodować. Nikt nie chciał dyskutować z młodym, pogubionym człowiekiem jakim podówczas byłem. łatwiej było zwyczajnie potępić.
Ale po co właściwie o tym piszę? Ano dlatego, że przeczytałem ostatnio książkę o facecie, który w moim wieku będąc i nie widząc praktycznie przez całe życie, wzrok odzyskał. Lektura ta, jak wielki rachyunek sumienia, wyciągnęła z zakamarków pamięci wszystkie te sprawy dawne, bolesne, wstydliwe.
A kilka dni temu, gdy już światła w domu pogasiliśmy, podszedłem do drzwi łazienki i zaniepokoił mnie jakiś blask. Że niby gdzieś o lampie jakiejś zapomniałem? Chodziłem szukając zapomnianej żarówki aż wreszcie zapytałem żonę co to jest. Pełnia. Odpowiedziała. Księżyc świeci tak mocno. A więc z moimi resztkami wzroku zobaczyłem światło księżyca? Niby nic. Kolejne źródło światła. Ale jak wielki wymiar symboliczny.

Następna strona »